strona główna     │     witryny tematyczne    │      blogowisko     │    listy_post scriptum   │   felietony  │    o mnie  





NAJNOWSZE WPISY:


Słonimski - heretyk wśród poetów



ARCHIWUM:




 

Woody Allen i cała reszta...
 

Boy-owy Zielony Balonik
 

Uśmiech Jana Sztaudyngera

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





Słonimski - heretyk wśród poetów

         Słonimski nie lubił szkoły i opuścił dość wcześnie gimnazjum z powodu braku poczucia humoru nauczyciela, któremu zafundował karykatury. Stwierdził, że szkoła nie spełnia jego pasji satyrycznych. Od tego czasu uczył się samodzielnie w domu pod nadzorem ojca Stanisława Słonimskiego, znanego i lubianego w Warszawie lekarza, który leczył między innymi Bolesława Prusa. Do matury Antoni też nie przystępował, ale nie stanowiło to problemu, gdyż w tamtych czasach można było studiować bez matury. Jedyną szkołą jaką ukończył była Szkoła Sztuk Pięknych, do której zapisał się później razem z siostrą.
Chciał być malarzem, miał ku temu zadatki, ale wydarzenia, które nastąpiły w 1914 roku (wybuch wojny) i poważna choroba ojca zmusiły go do podjęcia pracy. Zatrudnił się jako rysownik w piśmie "Sowizdrzał", które niejako tytularnie odpowiadało jego młodzieńczemu charakterowi. Gdy do rysunków dopisuje dowcipne komentarze, zaczyna się coraz bardziej integrować z redakcją i rozumieć jej atmosferę i specyficzny sposób powstawania gazety. Tam poznaje Jana Lechonia, późniejszego twórcę kabaretu literacko-artystycznego Pikador (1918) i grupy Skamander. Ta młodzieńcza przyjaźń przetrwa ponad 20 lat.
Praca w redakcji "Sowizdrzała" otworzyła przed Słonimskim nieznany świat ówczesnej elity, który zaprowadził go do renomowanego miejsca, jakim był stolik Bronisławy Ostrowskiej w Astorii, gdzie przesiadywał również Stefan Żeromski. W tym czasie pisze już od kilku lat wiersze, na razie jeszcze do szuflady, ale gdy umiera jego ojciec, decyduje się na wydrukowanie w "Kurierze Warszawskim" trzech sonetów: Leonardo, Botticelli i Michał Anioł. Dopiero wtedy uzna siebie za poetę powiadając: "złapałem poezję i literaturę, jak się łapie katar albo grypę." Zajmuje się jednak nadal malarstwem i jako 23-letni młodzieniec wystawia w Zachęcie swoje prace, gdzie poznaje Juliana Tuwima. Tuwim jest jeszcze studentem prawa i filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, ale publikującym już własną twórczość pod pseudonimem "Pekiński". Zafascynowali swoimi twórczymi możliwościami, w czasie każdego spotkania czytali nawzajem swoje wiersze, które później stały się ich właściwymi debiutami. W przypadku Tuwima tomik jego wierszy nosił tytuł Czyhanie na Boga, a u Słonimskiego były to Sonety. W tym samym mniej więcej czasie ze Słonimskim nawiązuje kontakt Mieczysław Grydzewski, późniejszy twórca i wydawca najbardziej opiniotwórczego pisma literackiego w Polsce "Wiadomości Literackie".

Aż nadchodzi rok 1918, przynoszący Polsce niepodległość, a Słonimskiemu niezwykłą okazję zainicjowania wraz z Lechoniem, Tuwimem i Raabe pierwszej kawiarni poetów zwanej Pod Picadorem, w Warszawie, przy Nowym Świecie 57. Kilka tygodni później dołącza do tej grupy Kazimierz Wierzyński. Tak narodziła się "wielka piątka", zalążek przyszłej grupy Skamander. Tymczasem Picador robi furorę, kawiarnia jest codziennie pełna, wzbudza ogromne zainteresowanie warszawskich elit, pojawiają się tam m. innymi takie postaci jak Stefan Żeromski, Andrzej Strug, Wacław Sieroszewski i Jarosław Iwaszkiewicz, który niebawem dołącza do grupy poetów. Słonimski czuje się w tej atmosferze niczym rybka w wodzie, gdy jego wierszy chętnie uczono się na pamięć, ponieważ czytelna, komunikatywna forma jego poezji wpadała w ucho jak refren piosenki. Później w tym męskim towarzystwie wzajemnej poetyckiej adoracji pojawia się Maria Morska, kobieta magnetyczna deklamująca wiersze. Niuta szybko staje się głównym punktem programu. Według Iwaszkiewicza wytwarzała "atmosferę przesyconą orientalnym zapachem cynamonu i mirry" i szybko stała się niespełnioną miłością Słonimskiego (była mężatką). Słonimski był nią urzeczony, dzięki niej napisze swoje najpiękniejsze wiersze i ujawni liryczną twarz, całkiem inną od tej, która prezentował w swoich utworach dotychczas, pewną siebie, nieco złośliwą i dumną. Chętnie też pisał dla kabaretów Bandy i Qui Pro Quo skecze, monologi pijackie i purnonsensowne, sięgał do ulubionej formy żartu dowcipu żydowskiego szmoncesu, które były świetnie przyjmowane przez publiczność. Słonimski był w zasadzie snobem, ale nie imponowały mu sukces i dominacja, lecz inteligencja i talent, które obok humoru najbardziej cenił u innych.
Picadorczycy realizując swoje poetyckie credo od początku kontestują konserwatywną formę Młodej Polski, postulując tworzenie sztuki masowej, nieelitarnej zrywającej z tematyką martyrologii narodowej. Posuwali się nawet do skandali organizując "bojówki literackie" protestujące i zakłócające spektakle w warszawskich teatrach. Słonimski określał je jako sztuki "patriotyczno-idiotyczne" w utrwalonej teatralnym repertuarem "bogoojczyźnianej grafomanii". Ta radosna młodzieńczo-awanturnicza działalność wkrótce jednak zamarła i w roku 1920 narodzi się najważniejsza w dwudziestoleciu międzywojennym grupa literacka Skamander, o której Witold Gombrowicz pisał:

Skamander! Ci chłopcy urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą. Weszli w literaturę w momencie, kiedy ciepłe, ożywcze wiatry wiały w Europie, otwierały się okna, pękały kraty. Oddychali powietrzem rewolucji, ale nie tej okrutnej, tylko złagodzonej, sprzyjającej sztuce. Zaczęli pisać wiersze w momencie, kiedy świat potrzebował poezji i jej szukał. Utworzyli grupę wyjątkowo dobraną i zwartą. Znaleźli świetnego impresaria w redaktorze Grydzewskim. Uzyskali z miejsca popularność, wpływ, nawet sławę.

Niedługo po inauguracyjnym wieczorze grupy, skamandryci powołują do życia nowe pismo, miesięcznik literacki "Skamander", w którym sekretarzem redakcji zostaje Grydzewski. W piśmie zadebiutują m. innymi Witold Gombrowicz oraz Bruno Schulz. Skamandryci chcą być poetami codzienności, unikać kaznodziejstwa, nie chcą nikogo nawracać, ale porywać, rozpalać umysły ludzi, "być ich uśmiechem i ich płaczem". Oczywiście, nie wszystkim się to credo podobało. Od początku ścierają się z innymi formacjami poetyckimi, ekspresjonistami, futurystami, przedstawicielami awangardy, czy konserwatystami związanymi z endecją. Były to jednak złote czasy dla Skamandra i Słonimskiego, który rozkwita jako publicysta i poeta. Pisze jeszcze felietony, wiersze i humoreski dla "Cyrulika Warszawskiego", którego szefem był Lechoń. Ma już od dawna wyrobiony własny styl: lapidarny i bardzo złośliwy. Jak sam pisał: "W czasach Picadora, a później Skamandra byliśmy straszni. Młodzi, dowcipni, okrutni, a do tego z forsą. Po prostu ohyda."
W końcu przychodzi twórczy kryzys. Mając 27 lat bierze nad nim górę znudzenie, egzystencjonalne zagubienie, brak sensu i przyjemności z życia. Zawiedziony niespełnioną miłością , chce uciec od Niuty i w 1923 udaje się w podróż na Bliski Wschód, z której przywozi ponad 20 nowych wierszy.

Po powrocie angażuje się w powstanie nowego pisma literackiego "Wiadomości Literackie", którego redakcja mieści się w tym samym miejscu, gdzie znajdowała się redakcja Skamandra, czyli w mieszkaniu Grydzewskiego przy Złotej 6/5 (tel. 132-82, czynna w godz. 15.00 do 16.00). Słonimski najpierw zostaje recenzentem teatralnym pisma. W swoich recenzjach skrzących sie dowcipem nie oszczędza nikogo. Jest nonszalancki, prześmiewczy, szyderczy i prowokacyjny, więc czytelnicy go uwielbiają, ale autorzy sztuk wprost przeciwnie. Narażał się też politykom, gdyż w swoich recenzjach umieszczał sporo aluzji i krytyki kolejnych rządów drwiąc z bolszewizmu oraz faszyzmu.
Zaliczył również pojedynek z Mieczysławem Szczuką, kolegą młodego malarza żydowskiego pochodzenia o nazwisku Berlewi, którego prace z awangardowej wystawy zatytułowanej Mechano-faktura poddał bardzo zjadliwej krytyce w recenzji przewrotnie zatytułowanej Mechano-bzdura. W recenzji zasugerował, że Żydzi nie lubią pracować i prezentują jedynie towar już stary i zleżały, który w Europie nikogo nie interesuje, przez co podobni twórcy żydowscy robią z Warszawy prowincję. Recenzje zakończył posumowaniem: "Taa, nie róbcie panowie z siebie wariatów", czym ściągnął na siebie furię Szczuki, który w Ziemiańskiej publicznie go zwymyślał i spoliczkował wyzywając na pojedynek. Na szczęście Słonimski z pojedynku wyszedł zwycięsko. Innym razem rozpowszechniał dowcip o jednym z reżyserów Ryszardzie Ordyńskim, który ma wydrukowane na wizytówce trzy kłamstwa: "Ryszard Ordyński, reżyser", a powinno być: Heniek Blumenfeld, kombinator". Słonimski, jako satyryk, ma też spory dystans do siebie, gdy zapisał w dzienniku z podróży do Brazylii: " W ogrodzie miejskim widziałem drzewa, które mają sam pień i kwiaty z pominięciem liści. Przypomina mi to moją karierę literacką z pominięciem szkoły średniej i matury".


© Krisand, luty 2017




Copyright Krisand.2012-2017. All rights reserved.